Najnowsza premiera wałbrzyskiego teatru czyli spektakl „Cynkowi chłopcy” to adaptacja sceniczna reportażu białoruskiej Noblistki Swietłany Aleksijewicz pod tym samym tytułem.

Młody reżyser Jakub Skrzywanek zaprosił nas do terytorium, w którym najgorszym, śmiertelnym wrogiem człowieka staje się jego strach. Przestrzeń teatralna to wnętrze hangaru lotniczego, sterylne, obleczone srebrną folią, jakby miało to podkreślać anonimowość żołnierza- plastikowej figurki. Postacie siedzące na scenie są zrezygnowane, depresyjnie się po niej snują, od czasu do czasu dzieląc się z widzami fragmentami swoich ciężkich historii. Matka ( tragiczna i zdeterminowana Irena Wójcik) niepokoi się o los swoich dzieci, obwinia się o wychowywanie syna ( Piotr Mokrzycki) w kulcie męstwa i bohaterstwa, teraz plastikowe zabawki zamienił na prawdziwe czołgi i pistolety. Kreacje obydwu żołnierzy są groteskowe i przerysowane, potrafią oddać ślepe oddanie ideologii wojennej. Potrafią być tragiczni i refleksyjni, jak Michał Kosela w monologu, w którym wracając do dzieciństwa analizuje narodziny strachu i bezsens totalitarnej indoktrynacji. Obnaża on łatwość, z jaką ludzie w mundurach przeradzają się w mściwe bestie, gotowe rozszarpać afgańskiego chłopca – mordercę. Za chwilę aktor przeradza się w pastisz ordynarnego dowódcy rodem z filmu „Metal Full Jacket”, który poniża mięso armatnie. Scena ta rozbawieniem samych aktorów rodzi konsternację wśród widzów, zaciera się granica między odgrywaniem ról, a zwykłymi emocjami. Te „odciążające” sceny są bardzo potrzebne, inaczej nie bylibyśmy w stanie znieść werystycznej makabry prozy Aleksijewicz.

Cały czas oscylujemy na przeciwstawnych emocjach, oryginalnym pomysłem jest umieszczenie zdarzeń w konwencji festiwalu piosenki żołnierskiej. Konferansjerzy o wyglądzie zakurzonych prezenterów PRL- u ( świetna, rozkrzyczana Rozalia Mierzicka i nieco zblazowany, hipnotyczny Czesław Skwarek) zapraszają nas do udziału w tym propagandowym show, ukrywającym za kiczowatymi wykonaniami żołnierskich pieśni prawdziwe, trupie oblicze wojny. Właśnie muzyka i choreografia stały się jednym z najmocniejszych punktów widowiska, aktorzy dostarczają widzom wiele wzruszeń swoimi empatycznymi, wyrazistymi i lirycznymi wykonaniami żołnierskich hitów. Tutaj też wyróżnia się osobowość Michała Koseli, którego śpiew wywołuje ciarki na plecach i śmiało mógłby wystąpić na festiwalu piosenki aktorskiej. Kontrowersyjne było jedynie zaśpiewanie „Czerwonych maków na Monte Cassino” oraz przerobienia „Warszawo ma” na „Rossija ma”, rozumiem, że miało to na celu zuniwersalizowanie wojny, zrównanie jej różnych rodzajów w historii .W sumie tło bezsensownego zabijania i przemocy jest niezmienne, czy ginie mały powstaniec, niesiony jak ikona przez upiornego prezentera (Czesława Skwarka) czy afgański snajper. Rozpacz wszystkich matek zabitych synów wyraża w swojej kreacji Irena Wójcik, poważna i dostojna, jednak na granicy obłędu, uciekająca przed heroldami obwieszczającymi śmierć swojego ukochanego Jury.

Książka Noblistki to zbiór wspomnień uczestników wojny w Afganistanie, jedną z nich była pielęgniarka, postrzegająca wojnę od zaplecza . Ubrana w seksowny kitel, atrakcyjna i uśmiechnięta (Karolina Krawiec) przechodzi metamorfozę w gotycką, horrorowatą „siostrę śmierci”, zanurzoną we krwi wyrzutów sumienia z powodu tych, którym z różnych przyczyn nie udało jej się pomóc. Jej postać najbardziej unaocznia nam fizjologię wojny, odziera z patosu bohaterską śmierć, kiedy szczątki człowieka można upchać do wiadra. Tempo sztuki nie zwalnia ani na chwilę, nie brak też chwilowych wątków pozytywnych jak opowieść żołnierki ( ekspresyjna i dziewczęca Irena Sierakowska) o zakochaniu i ślubie, będącym pewnie ucieczką od bezustannego strachu przed cierpieniem. Szkoda tylko, że weselni goście muszą siedzieć na cynkowych trumnach, w których niestety wróci zarówno pan młody, jak i większość walczących chłopców. Co tam, przynajmniej będzie miał ich kto opłakiwać – podsumowuje sanitariuszka.

Ten czarny humor często gości na ustach, szukają w nim ratunku i ucieszenia lęku.Niespodziewanie kary na żołnierzach, pustoszących obcą ziemię dokonuje element metafizyczny : Słońce. Najpierw pojawia się jako głos demiurga grożący unicestwieniem intruzów wdzierających się w terra incognita. I chyba jednak bardziej nas wtedy przeraża niż jako alegoryczny „szaman Afganistanu” ( Dariusz Skowroński), dla mnie zbyt dosłowny i karykaturalny posąg Dzikiego. Nietrudno jednak znaleźć analogię eksterminacji Indian z ich terytorium do skorumpowanej, ekonomicznej inwazji Afganistanu. Koło historii ma na sobie gąsienice i miażdży wszystko, co stanie na jego drodze.

„Cynkowi chłopcy” są więc wydarzeniem obowiązkowym z wielu powodów : świetna adaptacja Noblowskiej literatury, polana sosem transowej muzyki, dzięki której czujemy się czasem jak w klubie na war – zombie disco, a nie na polu bitwy. Twórcy podkreślili, że prawdziwe tragedie rozgrywają się indywidualnie, zgodnie z zamierzeniem pisarki, żeby „ historię zmniejszyć do rozmiaru człowieka”. I pomagają w tym wybitne kreacje aktorów z wałbrzyskiego teatru, który ostatnimi spektaklami nie boi się stawiać diagnozy chorego społeczeństwa, mrugając jednak do niego znacząco „Powodzenia, kowboju”.

Justyna Nawrocka
Dziennik Teatralny
2016.02.05